|
Historie Waszych adopcji
Jeśli chcecie podzielić się z nami swoją historią adopcyjną,
napiszcie.
Historia Koko
Od kilku lat namawiałam rodziców na jakieś uszate stworzenie, niestety z marnym skutkiem. Prosiłam, błagałam, groziłam,
aż w końcu odniosłam zamierzony efekt. Mama wyrzekła sakramentalne "tak". Pozostawał jeszcze tata, ale po wielomiesięcznych jękach, których
nie mógł znieść - uległ.
I tak zaczęła się historia poszukiwania idealnego przyjaciela domu. Chcąc wziąć odpowiedzialność za małe, uszate
życie postanowiłam zacząć od strony teoretycznej. Zaprzyjaźniłam się w tym czasie z wszystkimi możliwymi publikacjami, bestsellerami, stronami
internetowymi i poradnikami na temat królików na jakie wpadłam. I rozpoczęłam poszukiwania. Specjalnie ciepłą myślą nie napawały mnie sklepy
zoologiczne, ani bazarki, bo tam trafić można z łatwością. A skoro już mieć w domu małe szczęście, to dlaczego nie takie, któremu o dom trudniej?
Ja dostanę towarzysza, a towarzysz dom. ;)
Jak zawsze przed "ciężką pracą" zasiadłam przed komputerem z kawą i gotowością do skupienia umysłu. W wyszukiwarkę wrzucałam
wszystkie możliwe skojarzone hasła, choć z marnym efektem. U kresu możliwości pomyślałam… Skoro adoptuje się dzieci, to czemu nie królika?
I bach! Wyskoczyła strona z potrzebującymi domku uszatymi serduszkami. Przejechałam wszystkie "oferty" tylko po zdjęciach i bęc! Koko…
Miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy przeczytałam jego historię, miałam nadzieję, że uda mi się dać mu wspaniały i spokojny dom. Pokazałam
króliczka rodzicom, a tu lamęt… Że duży, że dorosły, że nie kastrowany, żebym chociaż przejrzała inne. Więc pod bacznym okiem przeczytałam
także inne historie. Zdania nie zmieniałam i w kilka minut później pani Karolina spytała, kiedy można podpisać papiery…
Jak się później okazało ani on duży (bo raptem 1,3kg), ani bardzo dorosły (kiedy go przygarnęłam rok temu miał jakieś
1,5 roku)… A nie kastrowany? Fakt i jeszcze nigdzie nie nasikał.
Przez rok Koko zdążył się zadomowić. Nawet bardzo. Swoją główną kwaterę stworzył za łóżkiem, gdzie spędza całe dnie.
Choć muszę przyznać, że początki były trudne… Kiedy pierwszy raz weszłam do pokoju z miotłą, myślałam, że mi serce pęknie. Moja kruszyna
przyległa całym ciałem do podłogi i zaczęła pełznąć do tyłu… Ucieczką reagował na szybsze ruchy, bądź głośne dźwięki mimo to nigdy nie
ugryzł. No i to jak śpi…
Trzeba przyznać, że robi to z pompą. Łup… rzuca się na bok. Układa się na boku i kolejna seria. Łup, łup, łup…
Kiedy z zadowolenia zgrzyta zębami, aż mu głowa lata i nią stuka. Aż w końcu zamyka oczy i w pozycji "padł" zasypia. Kiedy pierwszy raz zastałam
go śpiącego… To było przerażenie! On nie żyje! A tu królik wstał i pokicał jeść.
Teraz jest już spokojny, choć czasem nadal coś go wystraszy. To wyjątkowo mądry zwierzak. Przez 3 dni nauczył się, że
jeśli pstrykam to przyszła micha ;) Nawet tata bardzo go polubił… Jesteśmy dla niego Koko i Chanel.
Gdybym mogła wybrać jeszcze raz? Nic bym nie zmieniła! A i z adopcjami na pewno jeszcze nie skończyłam.
Historia Iskierki i Fibi
Od ponad roku namawiałam moją narzeczoną, aby do naszego domu dołączyły dwa króliczki. Znajdowała mnie regularnie
przy jakimś sklepie zoologicznym z nosem przylepionym do szyby, ponieważ w dzieciństwie miałam dwa króliczki i ogromnie brakowało mi ich
towarzystwa. Po długich rozmowach i przekonaniu się do tego pomysłu przez nas obie (długo obawiałyśmy się, czy będziemy miały dla nich
wystarczająco dużo czasu w naszym zabieganym życiu oraz czy dogadają się z naszą niesforną kotką) trafiłyśmy na stronę Stowarzyszenia.
Ucieszyło nas to, że przy okazji będziemy mogły pomóc jakimś pokrzywdzonym uszatkom. Po rozważeniu kilku par króliczków i długiej (całe
szczęście udanej) procedurze adopcyjnej przyjęłyśmy do siebie Iskierkę i Fibi, przemianowaną od razu na Zorę (na cześć pewnej feministycznej,
francuskojęzycznej piosenki Celine Dion).
Dziewczynki przyjechały roztrzęsione i przerażone i przez pierwsze dwa dni bałyśmy się, że dużo czasu minie nim się
do nas przekonają. Wiedziałyśmy, że zabrane zostały z interwencji z działki, gdzie przebywały w okropnych warunkach i byłyśmy przygotowane
na dużą cierpliwość i zapoznawanie się tygodniami. Gdy po dwóch dniach pierwszy raz nieśmiało kicały (wtedy tylko wokół klatki) miałam łzy
wzruszenia w oczach. Powoli także pozwalały się głaskać, gdy najpierw długo się z nimi spokojnym głosem rozmawiało. Po niecałym tygodniu
ośmieliły i rozbrykały się całkowicie. Zaczęły rozkładać się na całej długości i zgrzytać ząbkami z zadowolenia, gdy się je głaskało, kicać
za nami po domu, wskakiwać na łóżko i zasypiać obok nas. Martwiłyśmy się jakiś czas, gdy Zorka wciąż kichała i nie można było długo zrobić
szczepień, ale po paru tygodniach okazało się, że to niegroźne uczulenie i zostały zaszczepione.
Przez te parę miesięcy, odkąd jesteśmy ich szczęśliwymi "mamami", okazały się być wielkimi łobuziakami,
które potrafią wejść dosłownie wszędzie (czy to wysoka komoda przy łóżku, czy przeskakiwanie z niskiego stołu na wysoki stół kuchenny, czy
buszowanie po półkach lub w zakamarkach łazienki) i nawet ustawiły sobie kotkę; ale są przede wszystkim niezwykle mądre (słuchają nas, proszą
o jedzenie, przychodzą gdy się je przywołuje, gonią nas i stają na łapkach przy naszych stopach gdy chcą się bawić, być głaskane lub są głodne;
mam wrażenie, że doskonale rozumieją emocje i bardzo współodczuwają np atmosferę w domu). Komunikacja jest niesamowita, są bardzo ufne i
absolutnie przekochane - pozwalają na przytulanie, głaskanie, "przesuwanie ich" z niedozwolonych miejsc, oczyszczanie oczek czy
oglądanie ich ze wszystkich stron, aby sprawdzić, czy są zdrowe. Uwielbiają gości i często przychodzą, aby kicać wokół wszystkich w kółko
i gonić się po stole, przy którym siedzimy. Wniosły mnóstwo, mnóstwo radości w nasze życie i są oraz będą bardzo ważnymi domowniczkami
na naszym stryszku.
Karola
Historia Kluseczki
Na stronę króliczych adopcji trafiłam zupełnie przypadkowo, szperając w sieci, nie pamiętam już za czym. Od dziecka
byłam fanką fauny wszelakiej, chociaż jakoś nigdy nie marzyłam o króliku. Po śmierci psa i świnek w domu nie było kolejnych zwierząt,
ale życie jakoś przyspieszało, ciągłe zalatanie przemawiało na niekorzyść zwierzaków. Do czasu, kiedy przeniosłam się "na swoje".
Pragnienie czworonożnego towarzysza wróciło. Przeglądałam strony schronisk, fundacji, zwierzęcych organizacji... i marzyłam dalej.
Podczas moich poszukiwań znalazłam SPK. Od pierwszej chwili zakochałam się w nie całkiem sprawnym baranku o nieokreślonej
jeszcze wtedy płci. Hasło "Być może Kluseczka czeka właśnie na Ciebie" trafiło mnie w samo serce. To było to. To była ona. Stwierdziłam,
że nie będzie czekać dłużej. Wysłałam pierwszego e-maila, dopełniłam formalności, wymieniałam korespondencję z pośrednikiem adopcyjnym.
W międzyczasie czytałam o królikach wszystko, co tylko się dało. Spotkanie, które miało w zasadzie zadecydować, czy króliczek trafi
do naszego domu, stresowało mnie, jak egzamin prawa jazdy. W końcu zapadła decyzja, że będziemy kluskową rodziną :) Cieszyłam się szaleńczo.
Przyjechała w lipcu. Przez pierwsze tygodnie jej pobytu mogłam siedzieć, patrzeć i śmiać się z radości. Uszak okazał się stuprocentową
dziewczynką i jednocześnie najbardziej pocieszną istotą, z jaką miałam do tej pory styczność. Pomalutku dostosowywaliśmy się życia z nią,
ona wysondowała nasze nastawienie, nauczyła nas, że nie warto zbytnio przywiązywać się do rzeczy nabytych...
Diego dojechał w grudniu, można by rzec, że jako mikołajkowy prezent dla Kluski. Zwierzaki zaprzyjaźniły się bez
problemów i dziś stanowią nierozłączny duet. Króliczek zachowywał się wprawdzie na początku nieco agresywnie i terytorialnie, ale stan
ten nie mógł trwać długo, bo Kluska rozmiękcza wszystkich wokoło i łagodzi obyczaje ;). Przez te półtora roku mojej fascynacji króliczkami
były też chwile, kiedy Klusia niedomagała, wymagała szczególnej troski i opieki... Może dzięki nim mogłam się przekonać, że jeśli chodzi
o króliczki (w szczególności tego króliczka) nie ma dla mnie żadnych przykrych obowiązków, że wiele rzeczy nie ma znaczenia. Kluseczka jest
istotką wyjątkową, potrzebuje pomocy i na tę pomoc zasługuje. Od kogóż ma jej oczekiwać, jeśli nie od swego dużego przyjaciela? Muszę
przyznać, że jest w naszym domu postacią ze wszech miar uprzywilejowaną i wszystko uchodzi jej na sucho. Kocham ten jej oryginalny, kluskowy
charakterek. Nie wyobrażam sobie, że nie byłoby jej z nami. Tak miało być i nie mogło być inaczej. Kluseczka z pewnością czekała właśnie na mnie...
Bośniak
PS
Agnieszko, dziękuję za moje słodkie uszy. Izo, dzięki za kredyt zaufania.
PS2
Kiedy pisałam ten tekst byłam najszczęśliwsza na świecie. Wieczorem 4
listopada 2008 r. Kluseczka nagle zaniemogła. Nie dojechaliśmy do
lekarza. Mój najukochańszy króliczek pokicał za tęczowy most. Dała mi 15
miesięcy i 3 tygodnie najcudowniejszych chwil. Nie umiałam sobie tego
wyobrazić i nie potrafię opisać pustki. Pozostaje mi tylko cierpliwie
czekać, aż kiedyś spotkamy się znów.
Historia Pysi
Mojego ślicznego króliczka pierwszy raz zobaczyłam na rękach sąsiada działkowego :)
Jego córka wyjechała do Anglii, a jej wolą było aby Pysiaczka nie oddawać do sklepu, a w dobre ręce jak ona to powiedziała. Nie powiem, że od dziecka
mam ogromną słabość do wszystkich
zwierzaczków. Od razu gdy ją zobaczyłam - pokochałam ją. Mama szybko się zgodziła lecz co do zdania taty byłyśmy mało przekonane. Od czasu gdy
miałam świnkę morską i chomiki tata był zdania, że zwierząt nie powinno być w domu. W końcu mam młodszego brata, którym muszę się czasem zajmować
i do tego jeszcze
zwierzątko na które zawsze trzeba mieć oko :) Jednak jego zdaniem miło nas zaskoczył. Ba! Nawet przyjechał po nas na działki by zabrać naszego
nowego domatorka:)
Pysię dostałam z całą wyprawką trocinami na miesiąc jak i siankiem. Dostałam również karmę, poidełko i drewienka. Zostałam
ładnie poinstruowana na jakiej diecie jest mój skarbek.
Niestety tydzień później trafiłam z nią do weterynarza. Była troszkę przeziębiona. Przez tydzień dostawała antybiotyk. Jednak do dziś jej zostało
to urocze prychanie. Widocznie taki jej
urok. Mała szybko się rozbrykała na początku była nie pewna. Chodziła tylko po pokoju i wszystkim się przyglądała niedługo później zaczęła jeść,
ale do ręki się nie zbliżała. Była dość nie
ufna. Dopiero po miesiącu zaczęła głaskać nas łebkiem i rozmawiać z nami. Tata bardzo ją rozpieszczał. To chyba on był drugą osobą z naszej rodzinki,
której zaufała. Później już zaczęła
sama wskakiwać na łóżko. Niestety u wcześniejszych właścicieli malutka miała dla siebie cały pokój i nie nauczono ją gdzie ma załatwiać swoje potrzeby.
Do dziś mamy z tym lekki problem a mam
już ją drugi rok (Pysia miała 3 latka kiedy ją dostałam).
Pysiaczek potrafi nawet sianko wynieść pod łóżko (gdzie spędza najwięcej czasu) i tam wyleguje się na nim. Gdy wychodzi
na dwór ciężko jest z jej powrotem trafić do domku. Po prostu po zimie
jest spragniona świeżego powietrza i świeżej trawki. Bardzo ją kocham. Niestety za niedługo wyjeżdżam imam nadzieję, że będę mogła ją zabrać.
Jeśli nie zostanie u dziadków, a stamtąd nie chce nigdy wracać. Tak ją tam wszyscy rozpieszczają :) KOCHANA JEST :)
Sandra
Historia Ślepaczka
Nie chciałam mieć dwóch królików. Mój Stanisław w zupełności mi wystarczał. Któregoś dnia
wyczytałam w internecie, że poszukiwali kogoś, kto mógłby się zaopiekować na tydzień niewidomym
królikiem. Osoby które się nim opiekowały musiały go oddać, a nowy właściciel mógł go wziąć dopiero
po tygodniu. Pomyślałam sobie że pomogę, dlaczego by nie. Umówiłam się z opiekunami - panem
Sylwestrem i jego żona, że przyjdę do nich do domu odebrać króliczka. Tam poznałam całą jego
historię...
Okazało się, że króliczek mieszkał przez 9 miesięcy w pustym domu sam. Raz na jakiś czas
przynoszono mu jedzenie i wodę. Siedział sam w malutkiej klatce, prawdopodobnie nie był wypuszczany,
aby mógł sobie pobiegać (wnioskuje to po łysych piętkach, na których później zrobiły mu się ropnie).
Któregoś dnia właściciele domu poprosili swoja sąsiadkę, aby miała na oku ich dom, ponieważ oni
wyjeżdżają. Dali jej klucze, nie wspominając słowem, że w domu jest królik. Sąsiadka weszła do
domu i gdy zobaczyła, że w klatce siedzi nadzwyczaj zabiedzony króliczek, postanowiła go
natychmiast zabrać i dać go swoim znajomym, którzy już mieli jednego królika, a zatem wiedzieli jak
się maluchem zaopiekować. Nowi właściciele okazali się wspaniali. Doskonale zajęli się maluszkiem.
Gdy zobaczyłam tą cudowną więź łącząca Pana Sylwestra ze Ślepaczkiem, to aż się płakać chciało ze
wzruszenia. Państwo opowiadali o maluszku z wielką troską i miłością. Dali mi dla niego cala
wyprawkę. Króliczek miał swoją miseczkę, ręczniczki, specjalne majtki. Pan odprowadził nas do
samochodu i zauważyłam ze łza mu się w oku zakręciła. Widać było jak bardzo jest mu przykro
rozstawać się z małym przyjacielem. A ja już wtedy wiedziałam ze Ślepaczek zostanie ze mną, że
nie oddam go nikomu. Przyjechaliśmy do domu.
Urządziłam maluszkowi jego kącik. Mały był przez pierwsze 3 dni bardzo przestraszony. Siedział
tylko u mnie na kolanach, sam z kuwetki nie wychodził, pomimo że nie był zamknięty w klatce.
Na szczęście mam możliwość nietrzymania swoich królików w klatkach. Mogą sobie swobodnie biegać
po pokoju. Maluszek powoli się przyzwyczajał do nowego otoczenia. Jak na całkowicie niewidomego
królika radził sobie świetnie. Pojechaliśmy do weterynarza na ogólna kontrole. Pani doktor oczom
nie wierzyła. Powiedziała że królik jest strasznie zabiedzony. Jak jej powiedziałam, że teraz to
już podobno jest w dużo lepszym stanie, bo tamci Państwo już go doprowadzili do jako takiego stanu,
to aż jej się wierzyć nie chciało. Pani doktor przepisała antybiotyk na ropnie, które zrobiły mu
się na nóżkach. Codziennie robiliśmy Ślepaczkowi opatrunki, co 3 godziny zakraplaliśmy kropelki do
oczu, bo jego rogówka była bardzo wysuszona. Przez 2 tygodnie prawie non-stop zajmowałam się
maluszkiem. Po 2 tygodniach pojechaliśmy na kontrolę do pani doktor, która go nawet nie poznała i
powiedziała, że to niemożliwe, że to ten sam królik. W tej chwili króliczek jest okazem zdrowia,
oczywiście nie licząc całkowitej utraty wzroku, która nastąpiła podobno na skutek urazu głowy,
bądź awitaminozy spowodowanej głodzeniem.
Ślepaczek ma do swojej dyspozycji 50m2. Zna ustawienie mebli na pamięć, wiec biega sobie
zupełnie swobodnie. Nikt by nie powiedział, że królik jest niewidomy. Tylko bielmo na oczach
zdradza jego ślepotę. Jestem wdzięczna Panu Sylwestrowi i Jego Żonie, że przyjęli Ślepaczka pod
swój dach i tak wspaniale się nim zajęli, dali mu tyle miłości. Mam z Nimi stały kontakt
telefoniczny i umawialiśmy się, że odwiedzą nas niedługo. Są to ludzie, którzy pozwalają mi
wierzyć, że jednak jest jakieś dobro na świecie, że nie wszystkimi kieruje zło. Należą im się
wielkie podziękowania.
Dopisano 17.08.04
Niestety przedwczoraj Ślepaczek zmarł. Gdy przyszłam do domu, od razu zobaczyłam, że się źle czuje.
Pojechaliśmy do weterynarza. Pani doktor powiedziała, że prawdopodobnie Ślepaczek ma otłuszczoną
wątrobę z powodu niewłaściwego karmienia go przez pierwszych jego właścicieli. Bardzo bolał go
brzuszek, temperatura ciała spadła do 35 stopni. Dano mu 10% szansy na przeżycie do rana. Całą noc
spędziliśmy czuwając przy Nim i grzejąc go poduszką elektryczną. Wtulał się we mnie co jakiś czas, a
ja wiedziałam, że to nasze ostatnie chwile. Nie było żadnej poprawy, wręcz przeciwnie - było coraz
gorzej. Myślałam, że uda mu się odejść samemu. Niestety trzeba było mu pomóc, podając środek
usypiający. Nie chciałam by dłużej cierpiał. Strasznie za Nim tęsknię. Przez te kilka miesięcy
bardzo się do niego przyzwyczaiłam i nie myślałam, że aż tak przeżyję Jego odejście. Pomimo,
iż mam jeszcze jednego królika, to pustka po Ślepaczku jest nie do zapełnienia. Bardzo cierpię
po Jego odejściu i cały czas mam przed oczami moment jak idziemy ostatni raz do weterynarza ze
Ślepaczkiem opatulonym w błękitny ręczniczek.
zuzia
Historia Tufika
Oto krótka historia mojego drugiego króliczka - Tufika.
Wszystko zaczęło się od spotkania członków Stowarzyszenia Miłośników Królika. Wcześniej mama
definitywnie była na NIE, w temacie "drugi króliczek". Oczywiście na spotkanie pewne osoby
podpuszczały mamę... były przedwstępne rozmowy. Po paru dniach zapytałam mamę czy mogę adoptować
drugiego króliczka... i powiedziała, że nie ma nic przeciwko. Zaczęłam więc wszystko załatwiać.
Planowałam przygarnąć pewną angorkę, która była do oddania, ale niestety już się spóźniłam.
Wtedy Kasia dała mi namiary na Anię, która, oczywiście z Rafałem, wszystko zorganizowała. Sprawdzili
w sklepie płeć oraz zrobili mojemu "nowemu" kilka fotek. 5 czerwca przywieźli mi do domu
mojego Tuficzka. Był słodki, ale i przy tym bardzo wystraszony. Bał się każdego z domowników, nie
dawał się głaskać ani nic... Króliczek niestety w sklepie troszkę zdziczał, nawet teraz widać jak
ostrożnie podchodzi do obcych. W sumie długo siedział w tym sklepie, bo ma już 7 miesięcy, jest u
mnie ok. 1,5 miesiąca. Nie robiłam nic na siłę. Kładłam się niekiedy na dywanie, aby to Tuficzek
poznał, mnie... zobaczył, że nic mu przy mnie nie grozi. Niestety, gdy samemu się go dotykało to on
gryzł, może nie do krwi, ale gryzł. Na szczęście wybrnęliśmy z tego... Tufik daję mi się już głaskać,
nie protestuje nawet przy podnoszeniu na ręce. Jedyny problem, jaki nam został to jego bobki.
Króliczek ma już swoje upodobania i trzeba bardzo powoli zmieniać mu dietkę. Ale wierzę, że go
wyleczymy.
Martulkaa
Historia Emilki
Witam. Opiszę Wam historię jak trafiła do mnie Emilcia:
Pewnego dnia rozmawiałam z siostrą o tym, że bardzo, ale to bardzo, chciałabym mieć w domu jakiegoś
zwierzaczka... abym mogła się nim opiekować i przytulić jak będzie mi smutno. Niestety piesek
odpadł od razu, bo ja jestem śpioch... i nie miał by kto wychodzić, a więc uparłam się na króliczka,
czego nie żałuję do dziś. Koleżanka znalazła stronę adopcyjną króliczków, na której był link do
króliczego forum. Napisałam temat, że bardzo chętnie przygarnę króliczka i pewnego dnia napisała
do mnie Pani z Katowic, że musi oddać króliczka rasy baranek, ponieważ Jej córka jest uczulona na
sierść. Bardzo się ucieszyłam z tego powodu. Dzień przed moimi urodzinami moja siostra pojechała
po Emi (20.11.2003r.) W szkole siedziałam jak na "szpilkach" i czekałam, aż się lekcje
skończą, bo tak bardzo chciałam iść do domu zobaczyć Emilcię... i końcu stało się. Zakochałam się
w niej od pierwszego wejrzenia. Nie miałam żadnych problemów, ponieważ Emi od początku była bardzo
ufna i nikomu nie robiła krzywdy. Tak jest i do dzisiaj. Tylko mam taki problem, że gdy zje jakąś
zieleninkę, to od razu ma biegunkę. No, ale trudno. Jakoś żyjemy bez zieleninki. Bardzo się cieszę, że
mam Emilcię w domku, bo wiem, że gdybym jej nie przygarnęła trafiłaby do zoo, gdzie na pewno bardzo
by się męczyła... a u mnie jest szczęśliwa, przynajmniej tak mi się wydaje. Pozdrawiam bardzo
serdecznie!
Mysza
Historia Funi
Kupiłam ją już dorosłą, gdy miała około 10 miesięcy. Pierwszy raz zobaczyłam
Funię we wrześniu 2003 roku, odwiedzając nowopowstały sklep zoologiczny na swoim osiedlu. Od razu
zwróciła moją uwagę i wydawało się, że ze względu na wyjątkową urodę bez problemu znajdzie nabywcę.
Jest maleńka, a piękne szarobrązowe ubarwienie i śnieżnobiały brzuszek sprawia, że wygląda jak dziki
króliczek. Ja już miałam jednego króliczego zbójnika w domu i nie planowałam w najbliższym czasie
brać drugiego. Niestety, mijały miesiące, wciąż pojawiały się nowe zwierzaczki, które szybko
znajdowały opiekunów, a Funia nadal czekała na szczęście. Może zniechęcała wszystkich jej
płochliwość i nieśmiałość? Nigdy nie dawała się pogłaskać, zawsze odsuwała się, gdy ktoś zbliżał
rękę do klatki. Pocieszającym był chociaż fakt, że dziewczyna która pracuje w tym sklepie dba o
zwierzaki, zawsze mają świeżą wodę, dużo sianka i czyste klatki. Zmartwiło mnie jednak to, że po
kilku miesiącach właściciele dopuścili do rozmnożenia się królików. Funia urodziła i odchowała
cztery króliczątka. Na szczęście były przy mamie całe 8 tygodni, dlatego wyrosły na zdrowe i silne
króle. I wtedy zabrałam Funię do siebie. Na początku, mimo że odważnie zwiedzała całe mieszkanie,
to nie dawała się pogłaskać, bardzo bała się ręki. Nie stresowałam jej oswajaniem na siłę, dałam
jej czas do zaadoptowania się.
Kiedy to pisze, mija czwarty miesiąc od kiedy Funieczka jest u mnie. Nadal
jest trochę dzika i nerwowa, ale powoli przekonuje się do mnie. Nawet zaczęła chrupać ząbkami, gdy
ją głaszczę, a jak wiadomo wszystkim zakróliczonym to wyraz ogromnego zadowolenia i przyjemności.
Codziennie bryka sobie po mieszkaniu i jak każdy szanujący się królik podgryza wszystko, na co
natrafią ząbki. Jej największy wyczyn to wygryzienie dziury we własnej klatce. No cóż, po prostu
powoli wychodzi z niej mały diabełek. Ciekawe, co jeszcze mnie czeka? ;).
Moje króliki
mru
Historia Kiki
Kikę wzięliśmy za namową Morty z jej osiedlowego sklepiku. Mała była w
sklepie już pół roku, a ponieważ była dorosła, nikt nie chciał jej kupić, ani nawet wziąć.
Sprzedawczyni ze sklepu uważała, że nasza Kika jest samcem i dopuszczała ją do innych samic.
Pewnie bardzo się gryzły i dlatego Kika jest (a właściwie była) bardzo agresywna. W sklepie
króliczek wyglądał pięknie i wzruszająco. Wspaniałe wielkie, brązowe oczy i urocza grzywka...
Dopiero pierwsza wizyta z Kiką u lekarza zapowiedziała naszą ruinę finansową. Pani weterynarz
rozpoznała płeć, pomogła wyskubać kołtuny i oczyścić okolice kuperka, obcięła pazury, oczyściła
uszka. Kika miała zapalenie pochwy (wydzielała okropny zapach) i miała bardzo twardy brzuszek.
Zrobiliśmy jej serię badań (usg, rtg, krew, mocz) i po zaleczeniu czekała małą sterylizacja.
Operacja przebiegła pomyślnie, jednak macica miała wyraźnie zgrubienia. Analiza tkanki potwierdziła
podejrzenia pani weterynarz... nowotwór. Już jest dobrze i chyba przerzutów nie ma. Kika bardzo
długo się do nas przyzwyczajała, często gryzła i warczała. Dopiero od niedawna jest grzeczniutka.
Wołam ją, a ona pięknie reaguje na imię, przybiega i wyciąga główkę w moją stronę spragniona
pieszczot.
ps. Niestety nie udało nam się zaprzyjaźnić Kiki z naszym drugim króliczkiem Kłapką.
Mia i Gear
Historia Guci
Od dawna chciałam przygarnąć jakiegoś króliczka, który umiliłby życie
mojemu obecnemu - Jakkulowi. Postanowione było, że nowy królik będzie baranem, lecz gdy zobaczyłam
w internecie zdjęcia Guci oraz przeczytałam jej historię, od razu byłam pewna, że to właśnie ona
zamieszka ze mną. Zatem adoptowałam małą 14 sierpnia 2004 roku. Razem z nią dostałam klatkę oraz
wszystkie jej dotychczasowe akcesoria. Według weterynarza Gucia ma około pięciu miesięcy, ale
dokładnie nie da się tego stwierdzić. Jest stuprocentową samiczką. Nie jest wysterylizowana.
Pochodzi z Gogolina/k. Opola, a obecnie przybywa w Katowicach. Tak więc musiała przebyć około 90 km,
zanim znalazła się w moim domu. Ale warto było, bo Gutka jest naprawdę miłym i przyjaznym
stworzonkiem :).
Ulpu
Historia Kajtusia
Kajtusia przywiozłam sobie z Łodzi, a dokładniej - Wiola z Adopcji podwiozła
mi go do Łowicza. Musiała ona na mnie czekać 1,5 godziny! Mam nadzieję, że mi to wybaczyła! Nie
mogłam się spotkać dokładnie o umówionej godzinie, gdyż jechałam z Niemiec do Wawy i różnie bywało po
drodze (załatwiałam z chłopakiem jeszcze rożne rzeczy). Ale Wiola na szczęście na mnie czekała.
Kajtusia dostałam w dużym pudełku, miał wtedy ok. 5 miesięcy. Bardzo dobrze zniósł podróż, w ogóle
się nie bał i nadstawiał się na głaskanie :-)). Gdy przyjechaliśmy klatka z całym wyposażeniem już
czekała na Kajtusia. Szybko się zadomowił. Od razu zaczął robić siusiu do kuwety, ale też w jeszcze
kilku miejscach. Szybko jednak się nauczył co to jest kuweta i już nie ma z nim problemów (no może
poza bobkami, które robi gdzie chce). Kajtuś jest małym łobuziakiem - lewkiem. Bryka wesoło po
całym mieszkaniu, uwielbia biegać po łóżkach i tam robić swoje bobeczki :-)). Bardzo smakuje mu
papier, ligninki, pudełka kartonowe i tapeta, więc ciągle trzeba na niego uważać i zaglądać mu w
pyszczek. Jest bardzo ciekawski i wścibski i lubi wyciągać się na swoich ręczniczkach i dywanikach.
Uwielbia wchodzić tam, gdzie się nie mieści! :-)) Uwielbia granulat, wszelkiego rodzaju kolby
i liście brokułów. Reszta dla niego może nie istnieć. Chociaż ostatnio zaczął podjadać marchewkę i
natkę.
Kinia
Historia Neski
Nesia trafiła do mnie poprzez
Króliczy Serwis Adopcyjny.
Po dwóch pozytywnych spotkaniach zapoznawczych z Kapiszonkiem, zamieszkała pod naszym dachem. Co się
wtedy działo... mina na minie... nasz pokój stał się jedną wielką kuwetą. Nesia wskakiwała na
klatkę Kapusia i bobkowała mu na głowę. Samiec nie chciał być dłużnym i lał pod jej klatkę... ciężko
było oddychać oparami ich rodzącego się uczucia. Pod koniec sierpnia 2003 roku poznały się i
zaakceptowały. Nesiaczek bez żadnych oporów zamieniła swoje m70 na m100 Kapusia. W niepokojących nią
sytuacjach chowała się za swoim "facetem". Maluszki zaprzyjaźniły
się i jak widać na
zdjęciach, żyć bez siebie nie mogą. Dzięki Nesi Kapi stał się chyba najczystszym króliczkiem na
świecie... ale docenił starania swojej dziewczyny i szoruje ją równie dokładnie. Prawie cały czas
tulą się do siebie... chyba dobrze im razem. Więcej o ich miłości możesz poczytać na naszej
stronce i
blogu.
Kapi
Historia Dyzia
Właściwie to nie myślałam o drugim króliku. Miałam już Kubunię, która jest
największym pieszczoszkiem świata i to mi wystarczało. Aż pewnego dnia, właścicielka jednego z
królików, których zdjęcia są w galerii na mojej stronie, napisała mi, że musi oddać uszatka.
Mieszkała w Lublinie, tak jak ja, więc zaczęłam się zastanawiać czy go nie wziąć. Okazało się,
że ten uszatek zostanie jednak ze swoją dotychczasową właścicielką, ale ja zapragnęłam już drugiego
króliczka. Zaczęłam przekonywać wszystkich do mojego pomysłu. Z mamą poszło łatwo, powiedziała tylko
"rób co chcesz", gorzej z Marcinem. W końcu jednak zgodził się, pod warunkiem, że będzie to
baranek. Niedługo potem na króliczym forum ktoś napisał, że w jednym z lubelskich sklepów jest
dorosły kłapouszek :).
Pojechałam tam najszybciej jak mogłam, ale to co ukazało się moim oczom
zmroziło mi krew w żyłach. Zobaczyłam żałosnego, zabiedzonego królika zamkniętego w klatce
przeznaczonej chyba raczej dla chomików (praktycznie nie mógł się w niej ruszać!). Jego pyszczek był
śliczny, za to futerko... Dyzio siedział na trocinach i przez to jego długa sierść, jak to
określiła sprzedawczyni "po prostu się sfilcowała". Delikatnie mówiąc był to kołtun na
kołtunie! Dotykając go nie można było znaleźć nawet "kawałeczka zdrowego" futerka.
Dyziek poza tym nie był chyba wypuszczany przez cały czas pobytu w sklepie. Można to było
wnioskować z jego zachowania w domu, choćby dlatego, że nie potrafił sam wyjść z klatki. Gdy go
zabraliśmy ze sklepu, pojechaliśmy po drodze do weterynarza, który po obejrzeniu Dyzia stwierdził,
że trzeba go ogolić pod narkozą, bo kołtuny są zbyt blisko skóry, by dało się je obciąć nożyczkami.
Miało to kosztować fortunę (nie spodziewaliśmy się tak dużych kosztów). Przy okazji usłyszeliśmy,
że nie powinniśmy uszatka kupować, bo z będą z nim tylko problemy! Skontaktowaliśmy się więc z
innym wetem, który zgodził się przeprowadzić zabieg kastracji i obcinanie futra za jednym zamachem,
do tego kosztowało nas to wszystko prawie połowę ceny w porównaniu z pierwszą kliniką :). Niestety
po obcięciu sierści okazało się, że Dyziek ma sporo odparzeń. Ranki jednak się zagoiły i futerko
odrosło długie i piękne.
Po zabiegu Dyzio przez jakiś czas nie mieszkał z Kubunią, ale dosyć
szybko się zapoznali. Polubili się od razu i kochają się do dziś. Teraz razem jedzą, śpią i myją
sobie pyszczki :) Niestety do ludzi Dyzio nie podchodzi z takim zaufaniem. Początkowo nie dawał się
nawet dotknąć, teraz można go głaskać, ale tylko kiedy leży. Jest jednak strasznie kochany, ma swoje
sposoby na to by zwrócić na siebie uwagę, podchodzi do nas i bodzie nas główką (jak prawdziwy baran :)).
To bardzo ciekawski i wesoły króliczek - zagląda w każdy kąt, chodzi tam, gdzie Kubunia nigdy nie
odważyłaby się pójść, a przy tym uwielbia skakać wzwyż i robić przy tym przeróżne piruety. Jest też
troszkę głupiutki, wskakuje gdzie tylko się da, a potem nie potrafi zejść i trzeba go ściągać :).
Mimo to, bardzo szybko się uczy (po paru dniach potrafił już korzystać z kuwety!). Z jego futrem
mamy sporo kłopotów, bo rośnie strasznie długie i bardzo łatwo się kołtuni, dlatego Dyzio od czasu
do czasu zmienia fryzurkę. Po przedostatnim strzyżeniu z brązowego stał się biały, a ostatnio gdy go
ostrzygłam zrobił się znów brązowawy - taki z niego kameleon :). Jest przeuroczym zwierzaczkiem i
mimo, że to taki króliczy indywidualista, bardzo go lubimy. Zresztą, jak tu nie kochać takiej
słodziutkiej mordki? :). Pozdrawiam!
Agami
Historia Tabsa
To było zauroczenie... pojechałam do sklepu zoologicznego po jedzonko dla Niuni,
poszłam zobaczyć ucholki i... on tam był. W małym akwarium... Łapki wyciągał po przekątnej, skromnie ale
czysto, właśnie jeden z pracujących tam chłopaków sprzątał i pozwolił mi go wziąć na ręce... Telefon do
Piotra... przyjechał... "kochanie..." powiedział, "zastanówmy się: mamy Niunię, mało
miejsca, a jak się nie polubią, nawet nie mamy pieniędzy na klatkę. Może ktoś go niedługo kupi"
Niestety dni płynęły a on nadal siedział w akwarium. Za szybą miał towarzyszkę
niedoli. Mimo przeceny nikt go nie chciał...
Zbliżały się Święta Wielkanocne. Pojechałam po karmę dla Niuni - nadal tam był...
To samo akwarium, miska z granulatem, woda z wiórami. Dowiedziałam się od personelu, że na dniach ma
przyjechać hodowca z maluszkami. Brakuje im akwariów więc będą musieli oddać białaska. Nie wiedzieli co
z nim zrobią. Jeżeli będzie miał szczęście, to trafi jako rozpłodowiec do hodowli, jeżeli nie
przypasuje - no cóż, ten hodowca też nam dostarcza pytony do sklepu...
Znów zadzwoniłam do Piotra. Serducho pękało, ale nie miałam co z nim zrobić. Wróciłam do pracy i myślałam o
białym pyszczku z beżowo-kawowymi łatkami i białą plamką na nosku... Czytałam forum, różne były opinie na
temat 2 ucholków w domu. Zaprzyjaźnią się, czy nie... Może będzie ciągła wojna albo big love... loteria.
3 dni później nadal tam był. Hodowca miał przyjechać przed otwarciem sklepu
następnego dnia. Zadzwoniłam do Piotra... Przyjechał. Zapłaciłam na pyszczka z myślą, że wieczorkiem
już będzie nasz, u nas w domku. Studentka pożyczyła mi klateczkę po swoim kicajcu. Mała, bo mała, ale ważne,
że coś tam na początek mieliśmy dla nowego. Wieczorem Piotr przyjechał po mnie do pracy. "Jak mu damy
na imię?" spytał... a skąd miałam wiedzieć? Był bezimiennym, ośmiomiesięcznym królem. Nie wiedziałam
czy w ogóle będzie chciał reagować na imię. Siedząc w poczekalni gabinetu, Piotr dorwał ulotki... "Ty,
Monia..." spytał, "a co myślisz na imię Tabs?" Spojrzałam z byka na niego. Stał w drzwiach
gabinetu uśmiechnięty od ucha do ucha wymachując reklamówką "corega tabs"... W końcu będzie
kolegą Niuni, to czemu ma nie być col(r)ega Tabs :D ? I tak już zostało.
Po walkach jakie toczyła Pirotess sądziłam, że i nam nie uda się zaprzyjaźnić
pyszczków. O dziwo niunia od razu zaakceptowała Tabsia. Dorobili się 4 maluszków i teraz żyją w wielkiej
komitywie.
Pozdrowienia od Tabsa
monia
Historia Sextusa
Po odejściu mojego kochanego króliczka (Łajtiego), postanowiłam przygarnąć do
siebie nowego króliczka, gdyż brakowało mi kicania w pokoju, lizania tym małym języczkiem po stopach
oraz, przede wszystkim, towarzystwa mojego maleństwa. Oczywiście nikt inny nie mógł zapełnić pustki
po Łajtim, ale mogłam pomóc niechcianemu króliczkowi zabierając go do siebie. Gdy natrafiłam na
stronę Stowarzyszenia Pomocy Królikom, to odezwałam się do Kasi M. i ona pośredniczyła w adopcji mego
króliczka. 29 września 2004 królik został przywieziony przez Agami z Lublina. Królik jechał pociągiem
w kartonie. Gdy wypuściłam go w domku był bardzo przestraszony, lecz po kilku godzinach zrobił się
żywy i ufny. Dawał się głaskać i brać na ręce. Problemem okazało się nauczenie go załatwiania się do
kuwetki. Bobki były dosłownie wszędzie, nie mówiąc już o tym, że królik siusiał gdzie popadnie i czasem
niestety można było wdepnąć w mokra plamę. Za załatwienie się do kuwetki zostawał wynagradzany, jakimś
pysznym smakołykiem. I poskutkowało po jakiś dwóch tygodniach nauczył się siusiać do kuwetki, choć z
bobkami są jeszcze małe kłopoty (ale co się przejmować, przecież to raczej nikomu nie przeszkadza).
Wielki problem był też z wyborem imienia, ale się już uporałam. Ma dość nietypowe imię Sextus,
jednakże bardzo oryginalne. Królik ma do dyspozycji cały mój pokój, ale zazwyczaj przesiaduje pod
łóżkiem, w jego ulubionym miejscu.
Nataliii
Historia Ferdusi
Zawsze z zazdrością patrzyłam na zdjęcia 2 kochających się króliczków. Długo
zastanawiałam się nad towarzystwem dla Mattiego. Przykro mi było jak zostawał sam w domu przez kilka
godzin, a my musieliśmy iść do pracy. Niestety Slavek był twardy i na drugiego uszatka nie chciał się
zgodzić. W marcu tego roku przeczytałam o historii Ferdusi - o tym, że przechodzi z rąk do rąk. Było mi
jej szkoda. Ale znając stanowisko męża, nawet nie próbowałam z nim rozmawiać o adopcji.
Dostałam jej zdjęcia, które zobaczył przez przypadek Slavek. Zdjęcie po prawej
zawładnęło jego serduchem. I to on był głównym inicjatorem przygarnięcia Duśki (tak teraz na nią mówimy).
11 marca, dzięki uprzejmości Moniki i Łukasza, Duśka została przewieziona do
Krakowa. Po miesiącu podjęliśmy pierwsze próby zaprzyjaźniania króliczków. Poszło łatwiej niż się
spodziewaliśmy. Dzisiaj króliczki razem śpią, razem jedzą i razem rozrabiają. Nie ma piękniejszego widoku
niż kochające się dwa uszatki. Nie żałujemy swojej decyzji i gdybyśmy ja mieli podjąć jeszcze raz była
by taka sama.
Iza
Historia Tofika i Milki
W lutym 2005 roku kupiłam sobie małego króliczka, gdyż zawsze chciałam mieć
to zwierzątko. Po kilku miesiącach zauważyłam, że Chrupcik czuje się bardzo samotny. Postanowiłam kupić drugiego króliczka.
Przeszukując Internet znalazłam stronę adopcyjną www.adopcje.kroliki.net. Oglądając zdjęcia króliczków, natknęłam się na ogłoszenie, które mnie
bardzo zainteresowało - 2 króliczki miniaturki. Napisałam maila, aby więcej dowiedzieć się o króliczkach, które chciałam zaadoptować. Jeszcze
w tym samym dniu dostałam informacje, co i jak. Formalności nie trwały nawet tak długo, jak przypuszczałam. W czerwcu króliczki przyjechały
do mojego domku; biszkoptowo - biały samiec, którego nazwałam Tofik i biało - łaciata samiczka - Milka.
Chrupcik bardzo się z nimi zaprzyjaźnił, a ja patrzyłam, jak biegają razem. Byłam bardzo szczęśliwa, że moje króliczki czują się u mnie jak
w domu. Chciałabym bardzo podziękować całej Grupie Adopcyjnej. Dzięki Wam króliczki są ze mną szczęśliwe :)
Michalina Rusek wraz z królisiami :)
Historia Chrupki i Klapka
Klapi trafił do mnie w listopadzie 2005 roku. W ciągu miesiąca byłam jego czwartym właścicielem przeszedł
długa drogę zanim trafił do mnie. Najpierw mieszkał w klatce ponad rok u pierwszej właścicieli nie mógł za dużo biegać, ponieważ
miała ona również psa, który nie tolerował królika. Potem trafił na parę dni do babci tej dziewczyny następnie do mojej siostry i jej dzieci.
Kiedy mama przywiozła go do mnie otrzymał pseudonim "Terminator" ze względu na swoja agresję. Od początku kiedy byłam w domu, Klapi
nie był zamykany w klatce. Niestety urządzał sobie na mnie i moją lokatorkę polowania. Wyskakiwał nagle spod fotela, wersalki i gryzł
dotkliwie w nogi. Klatkę sprzątałam tylko wtedy, gdy Klapek wychodził z pokoju.
Po miesiącu czytania wszystkich
porad na stronie Stowarzyszenia (kiedy przyniesiono mi królika nie miałam bladego pojęcia o opiece nad tymi zwierzętami) Klapi zaczął się
zmieniać, już nie atakował mnie a za rodzynki pozwalał mi spokojnie zmieniać wyściółkę klatki. Po kastracji stał się zupełnie spokojnym
kochanym króliczkiem. Zasłużyłam nawet u niego na lizanie po policzku, co sprawiło że zaczęłam myśleć o jakiejś miłej towarzyszce dla niego.
I tak trafiłam na stronę adopcyjną Stowarzyszenia. Najpierw bardzo chciałam przygarnąć czarną
barankę ale jak zobaczyłam Chrupkę to po prostu nie mogłam się oprzeć. Chrupka mieszkała w Bełchatowie, a jej właścicielka szukała dla niej
domku z powodu wyjazdu za granicę i alergii mamy, która nie mogła zajmować się zwierzęciem. Odległość jednak z Bełchatowa do Białegostoku,
gdzie mieszkam sprawiała, że myślałam iż nie mam większych szans na tę adopcję. Ale dla ludzi lubiących zwierzęta i dbających o nie, nie
ma rzeczy niemożliwych.
Chrupkę przywiozła mi cała rodzina z którą mam cały czas kontakt. Jest to bardzo miłe i pomocne. Ważne są szczególnie wiadomości co lubiła
Chrupcia jeść, gdzie leżeć i wszystko to, co powinien wiedzieć nowy opiekun. Jedyną moją porażką jest fakt ze niestety królcie się nie
polubiły i mieszkają osobno. Chrupa ma swój pokój gdzie biega i jest zamykana w klatce tyko na noc, a Klapi rządzi resztą mieszkania.
Mam nadzieję po sterylizacji Chrupci ponownie spróbować zaprzyjaźnić ze sobą zwierzęta. Trzymajcie kciuki żeby im się udało, szkoda
by było, gdyby musiały żyć nie razem ale obok siebie.
Małgosia (opiekunka Chrupki i Klapka) szczególne podziękowania w redagowaniu tekstu Joli z Bełchatowa
(drugiej opiekunce Chrupki)
Historia Kłapulka
Moja 9-letnia córeczka marzyła o tym, żeby mieć zwierzątko. Oznajmiła mi, że najmilej widziałaby w domu... konia.
Zadeklarowała się, że może z nim spać, a trzymać go możemy na balkonie. Ja z kolei uwielbiam psy z kłapiastymi uszami, ale uważam, że psom
najlepiej jest w domu z ogrodem. Za kotami nie przepadam, ale króliczki od zawsze budziły moje najcieplejsze uczucia. Jako mała dziewczynka
mogłam godzinami stać przy klatkach, karmić i głaskać uszatki.
Przypadkiem przeczytałam w Internecie o Stowarzyszeniu Pomocy Królikom i kiedy poznałam ich smutne historie, wiedziałam już, że chcę otoczyć opieką
jakiegoś hycusia. Marzyłam o króliczku baranku, ponieważ rozczulają mnie wiszące uszka:) W lutym 2006 roku w serwisie adopcyjnym był tylko jeden
królik baranek, w dodatku ze Szklarskiej Poręby, czyli za siedmioma górami, za siedmioma lasami... Nie było też jego zdjęcia, ale postanowiłam,
że będzie to "randka w ciemno".
Zwróciłam się do Stowarzyszenia z prośbą o pomoc w przewiezieniu Kłapulka. Niestety, okazało się to bardzo skomplikowane, prawie niemożliwe. Ja
nie prowadzę samochodu, a mój mąż, z pewnością nie pojechałby przez całą Polskę po jakiekolwiek zwierzątko. Zaczęłam rozpuszczać wici, dałam
ogłoszenia na forum internetowym, rozpytywałam znajomych. W międzyczasie zdobyłam dużą klatkę, kupiłam akcesoria, sianko i karmę, przemeblowałam
pokój. Wypożyczyłam z biblioteki wszystkie książki o pielęgnowaniu królików. Moja córeczka przepisywała na komputerze najcenniejsze porady,
drukowała i wklejała do specjalnego zeszytu, a syn zobowiązał się do karmienia królisia. Wszystko było gotowe na przyjazd Kłapcia, ale nikt
nie mógł go przewieźć! W dodatku dowiedziałam się, że jest jeszcze jedna osoba zainteresowana tym samym króliczkiem. I wtedy przysłano mi małe,
niepozorne zdjęcie Kłapula. Był cudowny!!! Moi rodzice stwierdzili, że wygląda jakby go ktoś chciał ufarbować, ale mu nie wyszło... cały
w plamach... Ale jak tylko zobaczyłam jego pyszczek, to zrozumiałam, że on już jest mój!
Napisałam do programu III PR z prośbą, aby ogłosili w radio, że poszukuję transportu. To była zima i ludzie wyjeżdżali w góry na narty. Po chwili
usłyszałam głos red. Barona: "Drodzy słuchacze, pani Agata ze Swarzędza pilnie poszukuje życzliwej osoby, która przewiozłaby adoptowanego króliczka
ze Szklarskiej Poręby do Swarzędza lub Poznania. Proszę do nas dzwonić."
Czekałam, ale nadaremnie. Nikt nie zadzwonił. Byłam zrozpaczona.
A następnego dnia otrzymałam mail od pewnej
dziewczyny: "Cześć, niedługo wyjeżdżamy do Karpacza i wracając możemy przywieźć króliczka. Kasia" Odezwała się tylko Ona i w dodatku okazało się, że
mieszka dwie ulice od mojego domu!
6 lutego wieczorem Kłapulek był już z nami. Kasiu, z całego serca Ci dziękuję!
Wydał mi się
bardzo duży. Siedział przestraszony na grubej warstwie siana i patrzył okrągłymi ciemnymi oczkami.
Zostawiliśmy go samego, żeby dać mu czas na aklimatyzację.
Powiedziano mi, że króliczek nie umie pić z pojnika, ale mimo to zawiesiłam
mu wodę i czekałam co będzie dalej. Wieczorem okazało się, że świetnie sobie radzi! Zmieniłam mu także zawartość klatki, usunęłam siano, a zamiast
tego wstawiłam dużą trójkątną kuwetę z podkładem z pigwy. Uszatek był zadowolony. Codziennie zapuszczał się w nowe rejony, poznawał zapachy
i odgłosy naszego domu.Najpierw nie opuszczał małego pokoju, potem granicą był przedpokój, ale jak odkrył przestrzeń największego pokoju,
to poczuł się jak obieżyświat. Zwiedzał każdy kącik.
Przez pół roku poznawaliśmy jego zwyczaje. Stwierdzam, że to wyjątkowo uroczy,
towarzyski i zrównoważony króliczek. Bardzo lubi leżeć sobie w pomieszczeniu, gdzie przebywają domownicy, nie wygryza dziur, nie sika na wykładzinę
(zdarzyło mu się raz, czy dwa), przegryzł tylko jeden kabelek :) Uwielbia kicać na balkonie (zabezpieczyłam siatką) i czasami siedzi sobie
wieczorem i obserwuje księżyc... Nie lubi, gdy się go bierze na ręce, ale czasami gdy leży spokojnie z wyciągniętymi do tyłu nóżkami, kładę
się koło niego i obcałowuję na wszystkie strony. Owszem, nieraz dzieciaki zakłócają mu spokój, a wtedy Kłapcio ucieka w jakiś zakamarek i tupie.
Lubi wskakiwać na biurko mojej córki albo do rozsuwanej szafy. Bawi się ze mną w chowanego:) Gdy chce dostać coś dobrego, delikatnie podgryza
mi stopę lub nogawkę.
Nie wyobrażam sobie domu bez Kłapulka!
Agata
Historia Kici
Dnia 12.01.2007 r. adoptowałam króliczkę o imieniu Czarna (teraz nazywa się
Kicia). Kicia zamieszkała w Warszawie z przystojnym, wykastrowanym samczykiem Bercikiem. Na razie
jestem w trakcie zaprzyjaźniania króliczków, ale mam nadzieję, że mi się to uda jak najszybciej.
Kicia dostała swoją klatkę 100 cm, w której się już zadomowiła, a także zaprzyjaźniła się z moimi
pieskami, które cały czas ją liżą i szturchaja noskami zachęcając do zabawy.
Kicia przeszła już przegląd u weterynarza i została zaszczepiona a teraz czeka na drugie szczepienie.
Ma się dobrze i jest zadowolonym króliczkiem, który jest strasznie kochany i milusiński.
Dominika Szolc
|